żeby oddać głos w ankiecie trzeba się zarejestrować
Państwo płaci toruńskiemu opozycjoniście
Karol Dolecki 2008-05-26
Za represje w stanie wojennym państwo musi zapłacić Stanisławowi Wielgoszowi, byłemu szefowi "S" w toruńskiej Elanie - orzekł sąd. Działacz był w areszcie przez 11 miesięcy, a potem musiał wyemigrować do USA. Dostanie 75,4 tys. zł
Wielgosz naraził się SB tym, że po 13 grudnia 1981 r., kiedy działalność Solidarności została przez PRL-owskie władze zawieszona, nie przestał udzielać się w związku. Dalej brał udział w zebraniach jego struktur, tworzył siatkę kolportażu podziemnych ulotek, organizował i zmieniał punkty kontaktowo-odbiorcze, werbował do współpracy pracowników Elany i Apatora. W czerwcu 1983 r. został za to skazany na mocy dekretu o stanie wojennym na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Jednak zanim zapadł wyrok, działacz był przez 11 miesięcy aresztowany. - To był potworny czas - wspominał 71-letni dziś mężczyzna podczas procesu o odszkodowanie i zadośćuczynienie w toruńskim sądzie.
Wielgosz trafił do wieloosobowej celi, w której nie miał nawet łóżka. - Spałem na posadzce, na sienniku ze słomy - opowiadał. - Posiłki były ohydne i nie wiadomo z czego. Zupa, którą podawano, przypominała olej, pamiętam, że dostałem po niej rozstroju żołądka. Przez cały okres aresztowania byłem odcięty od świata - nie miałem żadnego kontaktu z rodziną, a spotkania z obrońcą były ograniczone.
Po dwóch miesiącach w celi, na wniosek adwokata Wielgosz został przeniesiony na obserwację do szpitala psychiatrycznego w Świeciu. - Przebywałem na jednym oddziale z osobami bardzo poważnie chorymi, wręcz niebezpiecznymi. Strasznie to przeżyłem - mówił opozycjonista.
W marcu 1983 r. odzyskał wolność dzięki opinii biegłych, według których stan jego zdrowia był "bezwzględnym przeciwwskazaniem do pobytu w areszcie". Ale SB mu nie odpuściła. Ani Elana, ani żadna inna firma nie chciała go przyjąć, przez co nie mógł spełnić nałożonego na niego przez sąd "obowiązku podjęcia pracy w zakładzie gospodarki uspołecznionej". To z kolei groziło odwieszeniem wyroku. - Szukałem jej z pomocą znajomych, ale nic to nie dało. Miałem wilczy bilet - wspominał Wielgosz. - Nadal czułem się szykanowany: esbecy nachodzili moich sąsiadów i żonę w pracy.
Okres izolacji odbił się na jego zdrowiu - komisja lekarska przyznała mu II grupę inwalidzką. To wtedy podjął decyzję o emigracji. Usłyszał w telewizji, jak gen. Czesław Kiszczak ogłosił, że dysydenci mogą wyjechać z kraju za granicę bez prawa powrotu. Postarał się o paszport, spakował rodzinę i wyruszył do USA. Osiadł w Portland, mieszka tam do dziś. Początki w Stanach nie były jednak łatwe. - Żyłem z zasiłku dla azylantów, potem znalazłem pracę, ale nigdy nie uzyskałem takiej pozycji jak w Polsce, gdzie miałem status wysokiej klasy fachowca. Tu wysyłano mnie nawet na szkolenia do Mediolanu - opowiadał były działacz.
Wielgosz mógł ubiegać się o "odszkodowanie i zadośćuczynienie za represje związane z działalnością na rzecz niepodległego państwa polskiego" dzięki kasacji wyroku, wniesionej przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Sąd Najwyższy rozpoznał ją już w 2006 r. Uchylił orzeczenie z 1983 r. i uniewinnił byłego opozycjonistę, stwierdzając, że "poniósł odpowiedzialność za czyn, który nie był przestępstwem". - Jego działania nie tylko nie wyrządzały szkody, wręcz przeciwnie - były w interesie społecznym i zmierzały do wprowadzenia demokratycznych zmian ustrojowych, zasługując na akceptację i uznanie - uzasadnił SN.
Za doznaną krzywdę toruński sąd przyznał opozycjoniście 50 tys. zł zadośćuczynienia i 25,4 tys. zł odszkodowania (Wielgosz domagał się łącznie 125 tys. zł). Kwota zasądzona Wielgoszowi jest dwukrotnie wyższa niż "widełki" zapisane w znowelizowanej w ub.r. ustawie o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego państwa polskiego. Według nich, działacze represjonowani w PRL-u mogą liczyć maksymalnie na 25 tys. zł. Sąd uznał jednak, że w tym przypadku suma ta go nie ogranicza, bo Wielgosz złożył pozew przed nowelizacją.
Wyrok jest nieprawomocny.
karol.dolecki@torun.agora.pl
Wcześniej była Walentynowicz
Wielgosz otrzyma o 5,4 tys. zł więcej niż trzy lata temu dostała w tym samym sądzie Anna Walentynowicz, legendarna działaczka "S", której zwolnienie z pracy w sierpniu 1980 r. było zarzewiem strajku w Stoczni Gdańskiej. Jej sąd przyznał 70 tys. zł, z czego 278,67 zł to odszkodowanie za utracone zarobki, a reszta zadośćuczynienie za cierpienia spowodowane przez siedmiomiesięczny pobyt w areszcie, przymusowe leczenie psychiatryczne, kradzież w jej mieszkaniu, wyrzucenie z pracy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Toruń http://miasta.gazeta.pl/torun/1,48723,5243253.html
komentarze na Forum
slavik222 26.05.08, 10:22
Ilu jeszcze takich gości, którzy zapłacili wysoką cenę za odwagę żyje w nędzy w przeciwieństwie do ubecji i aparatczyków PZPR, typu miller, ktorzy uczą Polakjów ,,prawdziwej demokracji"?


