Leszek Zaleski
NIESPODZIEWANY GOŚĆ
Niespodziewany gość to ja. Zima roku 1982. Miejsce: Toruń.
Pani Żela, u tórej się wówczas ukrywałem, powiedziała mi o zbliżającym się terminie kolędy. Mieszkanie było zbyt małe, żeby ministranci i ksiądz mogli nie zauważyć obecności nowego domownika. Gospodyni znalazłaby się w kłopocie. Mogłem więc z czystym sumieniem zaplanować sobie wieczorną przechadzkę.
Właśnie do redakcji Toruńskiego Informatora Solidarności został zaniesiony mój artykuł „Czy istnieje mój poseł?”. Narodziła się więc pokusa, żeby z rękopisem udać się do Posła na Sejm, trochę już znajomego, a przy tym człowieka godnego zaufania. Niech przeczyta. Niech zajmie postawę wobec wyzwania, które stawia mu jakiś tam obywatel Rzeczypospolitej.
Zbliżał się termin pierwszego od grudnia posiedzenia Sejmu. Musiał on ustawą zatwierdzić dekret Rady Państwa o stanie wojennym.
Czy na pewno musiał? Przecież w poprzednim roku w tymże Sejmie zaczęły już dziać się rzeczy niezwykłe. Posłowie zadawali rządowi kłopotliwe pytania, Ryszard Bohr złożył interpelację w sprawie okoliczności tragicznej katastrofy kolejowej w Czerniewicach – tuż przed sfinalizowaniem rozmów w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu.
Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła małżonka Pana Rektora. Poznała mnie i zaprosiła do środka. Od razu było jasne, że wie o moim ukrywaniu się, ale nie było wahania w jej geście. Przecież postąpiłem bezczelnie. Byłem poszukiwany. W jednostkach milicji, ORMO, ZOMO i gdzie tam jeszcze wisiał list gończy z moją fotografią. Lojalny wobec władzy obywatel PRL powinien natychmiast zawiadomić władze o moim pojawieniu się.
Profesorowi, który wyszedł na powitanie, powiedziałem, że liczę się z tym, że zostanę czym prędzej odprawiony – jeżeli nie od razu, to wówczas, gdy on jako poseł przeczyta tekst, który przyniosłem. Przeprosiłem za niezapowiedziane najście.
Przeczytał uważnie, a potem – przy herbacie i kruchych ciasteczkach – powiedział mi mniej więcej tak:
- Jest pan naszym gościem i proszę się nie niepokoić. Nie jestem zbulwersowany ani pańską wizytą, ani treścią artykułu. Wyraża pan w nim oczekiwanie, że pana poseł może porozumieć się z innymi zaufanymi posłami i na posiedzeniu Sejmu wspólnie potrafią oni podważyć legalność dekretu o stanie wojennym i przywrócić stan państwa sprzed 13 grudnia.
Tak było napisane. - Myślę, że w obliczu nieszczęść, jakie władze sprowadziły na nasz kraj, to nie są zbyt wygórowane oczekiwania. Mój poseł powinien przynajmniej próbować się przeciwstawić – podtrzymałem swój apel patrząc profesorowi w oczy.
- Muszę pana rozczarować – myślał głośno mój rozmówca. - W tym sejmie nie da się nic zrobić. Realnym zadaniem pozostaje czynić wszystko, aby ocalić co tylko możliwe z wartości, które w ostatnim czasie ujawniły się w społeczeństwie.
Podziękowałem za szczgólnie godne w mojej sytuacji przyjęcie i wysłuchanie mnie. Odpowiedziałem przecząco na gotowość wyświadczenia mi jakiejś pomocy, gdybym jej potrzebował i poszedłem do pobliskiego lasku na spacer, aby najlepiej wykorzystać czas, który mi jeszcze pozostał do umówionego powrotu.
Myślałem o dopiero co odbytej rozmowie. Przecież mogło być tak, jak się potoczyła moja inna niespodziewana wizyta, kiedy to wyraźnie przestraszony gospodarz dopiero po ochłonięciu zaproponował mi zdjęcie kurtki. Wprawdzie też, po dłuższym wahaniu, zaproponował mi herbatę, ale rozmawiał prawie wyłączanie o własnych zmartwieniach. Szybko wtedy wyszedłem. Powiedziałem, że chciałem zapytać go tylko o radę. A liczyłem na pozostanie u niego przez kilka dni.
Ryszard Bohr – jak mi później powiedziano – wstrzymał się od głosu w Sejmie przy zatwierdzaniu stanu wojennego. To chyba na tym posiedzeniu Janusz Przymanowski dworował sobie z „ekstremy” wieszczącej pogłębianie się zapaści cywilizacyjnej w Polsce. Izba rechotała mu do wtóru.
Toruń, 2006.10.15.




